MasterChef – Krakowski Rynek

To było dla mnie najlepsze gotowanie w tym programie! Atmosfera jaka panowała w naszym teamie byłą wspaniała. Pracowało się sprawnie, w porozumieniu i niezłej zabawie. No ale od początku…. A więc było tak…
Fot. TVN/Bartosz Siedlik
Od momentu kiedy była nas parzysta ilość wiedzieliśmy, że kolejnym etapem będą zadania grupowe. To było istne szaleństwo. Zarówno na poligonie jak i na Krakowskim Rynku była świetna zabawa. Nigdy nawet nie wymarzyłabym sobie gotowania w takich miejscach. Kiedy podjechaliśmy pod  Rynek czuć było niesamowitą atmosferę. Choć do samego końca nie wiedzieliśmy gdzie będziemy gotować, dla kogo i jakie będą nasze zadania. Pamiętam, że prowadzono nas przez Sukiennice a kiedy moim oczom ukazał się wyznaczony tylko dla nas kawał rynku a w nim kuchnie, spiżarnie i tir – chłodnia  MasterChefa wiedziałam że dla mnie to jest wręcz „historyczna” chwila, że mam szczęście coś takiego przeżywać. Potem było już tylko lepiej.
  Fot. TVN/Bartosz Siedlik           
                                                                

Jury z „niebios” ogłosiło warunki gry i zaczęło się. Aga wybrała najwspanialszą drużynę, zrobiła najlepsze zakupy w spiżarni i poradziła sobie wspaniale. Pamiętam jak wyjeżdżała z tira – lodówki i jej rozpędzony wózek zatrzymał szef Michel – z daleka wszyscy chcieliśmy jej pomóc ale niestety nie mogliśmy.
Kiedy okazało się jakie mamy składniki wszyscy równo ruszyli do pracy. Nasze dania były idealnie dosmakowane, pachnące i PYSZNE! Pamiętam jak z Maćkiem nie mieliśmy młynków, moździerza aby zmielić pieprz:) Naszym sposobem było wysypanie ziaren do mojego fartucha, a Maciek rozwalał go tłuczkiem:) – wyszło IDEALNIE. Radziliśmy sobie doskonale, Aga fajnie wszystkimi kierowała, każdy z nas znał swoje miejsce i atmosfera pracy była cudowna.

 Fot. TVN/Bartosz Siedlik
Naszą pracę w pewnym momencie przerwał głośny warkot motorów.
Niesamowite przeżycie jak motocykliści wjeżdżali na Rynek, a  niebo było czarne od gołębi które z tego hałasu fruwały wszędzie. To była niesamowita przygoda!
Kolejny raz byłam szczęśliwa, że zostałam wybrana do grupy bo upewniło mnie to w tym że coś potrafię i umie pracować w zadaniach zespołowych.  Było cudownie.
Fot. TVN/Bartosz Siedlik
Jak piszę tą relację cały czas się uśmiecham.  Przypomina mi się jak cieszyłyśmy się z dziewczynami z każdego głosu na nasz zespół, jak skakałyśmy i piszczałyśmy. Na sam koniec była dla nas ogromna niespodzianka- odjazd na motorach wraz z jury. Tego dnia nie byłam w ogóle zmęczona to była świetna zabawa i niezapomniane chwile.
Fot. TVN/Bartosz Siedlik
 
Podczas dogrywki gdzie przegrana drużyna musiała przygotować danie wegetariańskie po raz pierwszy mogłam dokładnie przyjrzeć się pracy z góry. To było niesamowite doświadczenie, kibicowałam każdemu. Jednak kiedy widziałam jak Tili – Magda chcąc przygotować suflet serowy pogubiła się przy przygotowaniu beszamelu byłam przerażona. Wiedziałam, że „zjadł” ją stres, cały czas zastanawiałam się „co ona robi?” – pracowała jak farmaceuta:) który zapodział gdzieś recepturę:). Strasznie chciałam jej pomóc i bardzo się bałam że odpadnie. Mikołaj za to od początku rozśmieszał nas swoimi „wpadkami”. Ze spiżarni przyszedł z miską pieczarek i dwoma blenderami bo nie zdążył zabrać swojego przygotowanego koszyka. Na pytanie jury po co mu 2 blendery odpowiedział że się psują:) Na balkonie dzięki Mikołajowi było bardzo wesoło. Nikt tak jak on nie reagował na niepowodzenie, zawsze nam powtarzał „mogło być gorzej”:)
Już wkrótce zapraszam na specjalny post dedykowany własnie jemu!
zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony programu MasterChef http://masterchef.tvn.pl/zdjecia/ i wykonał je Fot. TVN/Bartosz Siedlik









Napisz komentarz

*

wszelkie prawa zastrzeżone - 2015 - Kinga Paruzel